Fliszowy grunt Baraniej Góry.

Co robią dziewczyny, gdy mają dzień wolny? Jadą w góry!

Były plany wyjazdu w skały w poniedziałek wielkanocny, ale niestety spełzły na niczym ze względu na moją pracę. Dwa dni świąteczne w pracy to niezbyt dobra opcja spędzania tego czasu. Co zrobić – mus to mus. Na szczęście wtorek jest w moim przypadku dniem wolnym od uczelni,  więc piszę do Madzi: jedziemy w góry? Szybka odpowiedź, pozytywna, więc w poniedziałek szybko przed pracą zaczęłam kombinować. Do głowy przychodziły mi różne pomysły – od tras dwu-trzygodzinnych, do tras, które nie mają szans na zrealizowanie, jeśli nie wyjdzie się na szlak przed 7:00 rano.

Niestety, pierwszy pociąg do Wisły jedzie dopiero o 6:42. Umawiamy się w Katowicach, idziemy razem po bilety i na pociąg, który już czeka (a jakże, przecież my czekać nie będziemy J).
Myślałam, że w drodze do Wisły odeśpię noc, podczas której co chwilę się budziłam, bo wydawało mi się, że zaśpię na pociąg. Nic z tego, całą drogę przegadałyśmy dzięki czemu Wisła Uzdrowisko (a jak na końcu się okazało Głębce)  nie wydawała się tak odległym przystankiem. Pstrykałyśmy fotki, jadłyśmy frankfurterki – nudy nie było.
Madzia robi zdjęcia mi.

 

Madzi robię zdjęcia ja.
Madzia znów mi.
I znów Madzi ja.

 

Plan na dziś był taki – wyjść z Wisły Uzdrowisko i wrócić do Wisły Uzdrowisko, taka pętelka przez Trzy Kopce Wiślańskie, Smerekowiec, Przełęcz Salmopolską, Grabową, Horzelicę, Orłową, Beskidek i Zakrzosek. Pomysł wpadł do głowy po przejrzeniu jakiegoś starego numeru n.p.m. W pociągu zaczęły się rozmowy:
– A może też opiszemy naszą trasę i wyślemy do n.p.m?
– Ale ta trasa już była
– To ją zmodyfikujemy.
Mapa w mig rozłożona w pociągu i szukamy w ciągu dwóch minut innego celu. Decyzja padła na Baranią. Dobrze byłoby z Węgierskiej, ale jak już jedziemy do Wisły… Bilety mamy do Wisły Uzdrowisko, a przydałoby się pojechać parę przystanków dalej do Wisły Głębce.
Z racji tego, że jestem panikarą i prawie wszystkiego się boję, bałam się również konduktorów, którzy zorientują się, że miałyśmy już wysiąść. W razie czego udawałybyśmy nieobeznane turystki, które pierwszy raz idą w góry i przywitałybyśmy kontrolerów/konduktorów hasłami „Daleko jeszcze do tego Uzdrowiska?”. Nikt nas oczywiście nie skontrolował, bo to tylko mój strach ma wielkie oczy.
Wysiadamy. Na dworcu wyciągamy mapę i spoglądamy raz jeszcze na nowo wymyślony przebieg dzisiejszej trasy.
Dworzec Wisła Głębce.
Poczekalnia zamknięta.
Jeszcze rzut okiem na mapę.
Ruszamy asfaltową drogą, osiedlem, aż dochodzimy do sklepu, gdzie zaopatrujemy się w produkty spożywcze J Tak się składa, że jedzie PKS, więc dojeżdżamy nim do Przełęczy Kubalonka (758m).
Z Kubalonki idziemy w kierunku Stecówki. Troszkę alternatywną wersją, dookoła zamiast szlakiem, ale jak się okaże, alternatywa jest słowem przewodnim tego wyjścia. Dochodzimy do Stecówki, schronisko zamknięte, ale podobno w tym miejscu to norma i niezbyt przychylne opinie o nim słyszałam/czytałam. Całujemy więc klamkę, nici z posiedzenia w środku, robimy z polany zdjęcia okolicy, sobie (a jakże), kościółkowi, o którym przewodnik mówi „nie ma wartości zabytkowej” (nie brzmi to jak komplement). Idziemy zatem dalej.
Put your hands up. Nie wiem o co mi chodziło…
Mysz robi zdjęcia.
Madzia robi zdjęcia.
Widoczki z polany.

 

Zamknięte „schronisko”.

Idziemy dalej asfaltem, mijamy olbrzymią przyczepę.

Ktoś tu mieszka?

Dopiero po chwili wchodzimy na szlak, który prowadzi lasem. W okolicach Karolówki składamy kijaszki, które nas wspomagają.

Kijaszki na płaskim?

 

Przerwa na rozłożenie kijków.

Lekkie podejście się zaczyna, ale szybko się kończy i wychodzimy na „płaskie”. Szczerze powiedziawszy troszkę chyba czułyśmy niedosyt wzniesień i podejść. I właśnie dokładnie dlatego „postanowiłyśmy” nie iść szlakiem a swoją alternatywną drogą. Do samego szczytu już nie złączyłyśmy się ze szlakiem, ponieważ szłyśmy gdzieś po granicach Rezerwatu.

 

Miło byłyśmy zaskoczone widokiem ośnieżonych Tatr. Piękny widok. Od Tatr na razie przerwa, żeby niedługo być może już wspólnie gdzieś uderzyć. Ale, póki co – beskidomania.

Widoczki.

 

Po drodze chwilę rozmawiałyśmy na tematy geologiczno-litologiczne. Poruszony był temat naprzemianległych warstw skał osadowych (zlepieńce, piaskowce, iłowce, mułowce), które są głównym budulcem Beskidów (Karpat Zewnętrznych). Kilka razy padła nazwa „flisz”, przez to później, nie wiem skąd, w głowie ciągle miałam piosenkę Nosowskiej (a później Pidżamy), którą przerobiłam na beskidzką wersję „Stąpamy we dwoje po fliszowym gruncie”. I tak przez cały czas, mimo, że usilnie chciałam sobie inny utwór wkręcić, chociażby wlazł kotek.

Gdy tylko wyszłyśmy z lasu, Madzia adekwatnie skwitowała otaczający nas krajobraz „Tu wygląda jak po katastrofie ekologicznej”. Sceneria iście katastrofalna. Drzewostan w tych rejonach praktycznie nie istnieje.

 

Mało drzew mało drzew.

Jeszcze chwila i widzimy wieżę widokową na Baraniej Górze. 5 minut przed szczytem zatrzymujemy się w drewnianej budce (chyba nie można tego nazwać szałasem), chronimy się przed wiatrem i posilamy się 🙂

Mija nam tak chyba z 45 minut na pogawędkach, albo i dłużej i idziemy dalej, na szczyt, gdzie szybko robimy fotki, które nie wychodzą jak wychodzą. Fotograf ze mnie żaden.

 

Ja i Madzia na wieży.
Wieża widokowa na Baraniej.
Widoczek z Baraniej.

Po zejściu z wieży rozpiera nas energia. Widzimy przed sobą ładne pole śnieżne, po którym bez zastanowienia biegniemy w dół. Zamiast kierować się szlakiem na północ, bezmyślnie wybieramy kierunek na wschód. Przez to nie spotykamy się ze szlakiem już do końca dzisiejszego dnia. Idziemy lasem, krzakami, wszędzie tylko nie szlakiem. Intuicyjnie schodzimy w dół, aż dochodzimy do Kamesznicy. Co prawda docelową metą miała być Węgierska Górka, ale już trudno, dobre i to.

Po drodze widzę piękne okazy lodu włóknistego oraz efekty jego działalności. Geomorfologia na  żywo.

Jest to (a przynajmniej tak mi się wydaje) przykład lodu włóknistego oraz jego działalności. Woda, która zamarza w porach i szczelinach skał, zwiększa swą objętość o 9%. Powstałe igły lodowe rosną prostopadle do podłoża, a do ich końców przymarzają ziarna mineralne, które po pewnym czasie odpadają i długotrwałość tego procesu powoduje spełzywanie gruntu. To co widać poniżej korzeni, jest wynikiem właśnie zamarzania wody w glebie.

Na dworcu w Milówce kładziemy się na ławkach, jest nam dziwnie zimno, mimo, że temperatury nie są wcale niskie. Godzinę ponad czekamy na pociąg jedząc żelki. Gdy już wsiadamy do pociągu jesteśmy zmęczone, ale jednocześnie chętne na kolejne eskapady. Tak, to był dobry dzień!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *